Historia o emocjach, przyjaźni i akceptacji siebie. Jestem za dużo, i to w porządku.

Całe moje życie czułam, że jestem „za dużo”. Za emocjonalna, za głośna, za wymagająca. To uczucie zaczęło się już w dzieciństwie, kiedy moje życie w domu było pełne trudności. Świat zewnętrzny jednak nie widział burz, które toczyły się w murach mojej rodziny. Zauważali tylko moje reakcje: ciągłe płacze, krzyki, milczące złości. Byłam „za dużo” dla nich, i to uczucie powoli wżarło się we mnie jak gorzka prawda. Nienawidziłam tego, że tak się czuję, dlatego z czasem zamilkłam. Nie mówiłam, czego potrzebuję – ani emocjonalnie, ani fizycznie. To nie jest najlepsza baza do budowania relacji, więc nigdy tak naprawdę nie zbliżyłam się do nikogo. Z wyjątkiem jednej osoby: Katii.

Historia o emocjach, przyjaźni i akceptacji siebie. Jestem za dużo, i to w porządku.

Początki: narodziny przyjaźni

Poznałam Katę dziesięć lat temu, kiedy obie pracowałyśmy w zespole produkcyjnym Budapesztańskiej Orkiestry Festiwalowej. Razem podróżowałyśmy po świecie, tworząc wielkie spektakle w odległych miejscach, od Wiednia po Tokio. W biurze często jeździłyśmy na obrotowych krzesłach, rozwiązując problemy, śmiejąc się z chaosu, który niosło organizowanie koncertów. Te godziny, kiedy razem pracowałyśmy nad intensywnymi projektami, jakoś naturalnie przerodziły się w głęboką przyjaźń.

Kata to osoba, która dostrzega szczegóły. Wie, że moim ulubionym przekąską jest Túró Rudi i że na moje urodziny zawsze proszę o kieliszek tokajskiego aszú. Wie też, że jeśli coś jest ze mną nie tak, nawet jeśli sama nie zauważę, że zachowuję się dziwnie. Kiedy trzy lata temu straciłam moją mamę, o 3:47 nad ranem zadzwoniłam do niej, pytając, czy mogę pożyczyć jej samochód, żeby pojechać na wieś. Nie tylko mi go pożyczyła, ale sama zawiozła mnie na Wzgórza Balatońskie, wysadziła przed domem, potem zawróciła i wróciła do Budapesztu. Taka jest. Niezwykła. Gdyby teraz stała przed tobą, od razu byś wiedział: to naprawdę dobra osoba.

Historia o emocjach, przyjaźni i akceptacji siebie. Jestem za dużo, i to w porządku.

Wiatr zmian

Kata wyszła za mąż kilka lat temu. To nie zmieniło wiele w naszej przyjaźni. Jej mąż, András, to fantastyczny człowiek. Pamiętam, że na moje 33. urodziny, które obchodziliśmy w środku pandemii, András upiekł dla mnie ciasto cytrynowo-lawendowe, bo wie, że uwielbiam nietypowe smaki. Tak więc staliśmy się trojgiem: Kata, András i ja. Mała drużyna, która razem śmiała się na Pikniku na Wyspie Małgorzaty lub spacerowała nad Dunajem, rozmawiając o życiowych kwestiach.

Ale w zeszłym roku przyszła na świat ich córka, Emma, i nagle poczułam się niepewnie. Nie zrozum mnie źle: byłam szczęśliwa dla nich. Kata zawsze chciała być matką i widziałam w jej oczach to światło, które może dać tylko dziecko. Ale jednocześnie pojawiło się inne uczucie. Teraz jest mamą. Ma nowe priorytety. A ja jestem dorosłą osobą, nie muszę być czyimś priorytetem – mówiłam sobie. W pierwszych tygodniach wycofałam się. Mniej pisałam, mniej dzwoniłam. Myślałam, że działam właściwie, dając jej przestrzeń na nowe życie.

A potem pewnego dnia dostałam od niej wiadomość: „Co u ciebie? Złościsz się na mnie?” Najpierw nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W końcu przyznałam się, że nie chciałam jej przeszkadzać, bo teraz jest mamą i na pewno ma mnóstwo spraw na głowie. Nie chciałam być „za dużo”. Jej odpowiedź była prosta, ale poruszająca: „Proszę, nigdy więcej tego nie rób. Nigdy nie jesteś za dużo.” Całą rozmowę zapisałam, żeby pokazać ją mojemu terapeucie. Czasami wyciągam ją, gdy czuję, że znów jestem „za dużo”.

Za dużo – czy może wystarczająco?

To, że jestem „za dużo”, nie jest nowym uczuciem. W dzieciństwie moi nauczyciele często mówili, że jestem zbyt wrażliwa. Kiedy płakałam, mówili, że dramatyzuję. Kiedy krzyczałam, mówili, że jestem za głośna. Moja rodzina też nie wiedziała, jak radzić sobie z moimi emocjami. Nie było łatwo w domu: ciągłe kłótnie, napięcia, niepewność zostawiły ślad na mnie. Ale świat zewnętrzny widział tylko „trudne” dziecko. Nikt nie zapytał, co kryje się za tym. Nikt nie próbował zrozumieć, dlaczego jestem taka, jaka jestem.

To uczucie towarzyszyło mi również w dorosłym życiu. W relacjach zawsze bałam się, że jeśli pokażę, czego potrzebuję, zostanę odrzucona. Dlatego raczej ukrywałam swoje potrzeby. Nie prosiłam o pomoc. Nie mówiłam, gdy coś mnie bolało. Myślałam, że tak będzie łatwiej innym być przy mnie. Ale prawda jest taka, że tylko sobie utrudniałam życie.

Kata była pierwszą osobą, która pokazała mi, że nie muszę się ukrywać. Ona nie tylko akceptowała moje emocje, ale je doceniała. Kiedy opowiedziałam jej, że czasami czuję się „za dużo”, tylko się roześmiała i powiedziała: „Nie jesteś za dużo, jesteś dokładnie taka, jaką powinnaś być. I to jest w porządku.” Te słowa były jak ciepły uścisk w zimowy dzień na Placu Vörösmarty, kiedy próbujesz rozgrzać się kieliszkiem grzanego wina w tłumie świątecznego jarmarku.

Historia o emocjach, przyjaźni i akceptacji siebie. Jestem za dużo, i to w porządku.

Siła przyjaźni

Przyjaźń z Katai nie polega tylko na wspólnym śmiechu czy rozwiązywaniu problemów. Chodzi o to, że przy niej czuję się bezpiecznie. Przy niej nie muszę bać się, że jestem „za dużo”. To osoba, która stoi przy mnie, nawet wtedy, kiedy nie wiem, czego dokładnie potrzebuję. Kiedy moja mama zmarła, nie tylko pożyczyła mi samochód, ale także dała mi swoje wsparcie, siłę i obecność. Kiedy Emma się urodziła, a ja wycofałam się, ona nie pozwoliła mi się oddalić. Przypomniała mi, że nasza przyjaźń nie jest jednorazowa, że nie porzucamy jej, kiedy zaczyna się nowy rozdział w życiu.

Historia o emocjach, przyjaźni i akceptacji siebie. Jestem za dużo, i to w porządku.

W polskiej kulturze przyjaźń często oznacza głębokie i trwałe więzi. Pomyśl o „kręgu przyjaciół”, z którym spędzamy lato nad jeziorem, lub o długich rozmowach w kawiarni, gdzie rozważamy wielkie życiowe pytania. Z Katą stworzyłyśmy właśnie taką przyjaźń. Śmiałyśmy się razem na Festiwalu Sziget, płakałyśmy, kiedy życie przyniosło trudne chwile, i razem świętowałyśmy małe zwycięstwa, takie jak zdobycie biletu na koncert w pełnej sali w Klubie Akvárium.

Droga do samoakceptacji

To, że jestem „za dużo”, długo było ciężarem. Ale przyjaźń z Katą i moja terapia pomogły mi zrozumieć, że to uczucie nie musi być złe. Moje emocje, moja głośność, moje potrzeby – to wszystko jest częścią mnie. Nie muszę ich ukrywać, by inni mnie akceptowali. Nie muszę cierpieć w milczeniu, żeby nie być „za dużo”. Prawdziwi przyjaciele, jak Kata, nie oczekują, żebym była mniejsza. Kochają mnie za to, że jestem dokładnie taka, jaka jestem: pełna pasji, emocji, czasami chaotyczna, ale zawsze szczera.

Teraz, mając 35 lat, wciąż uczę się, jak zaakceptować siebie. Czasami wyciągam z telefonu zrzut ekranu tej wiadomości od Katai i przypominam sobie: nie jestem za dużo. Jestem dokładnie wystarczająca. I to jest w porządku.

Historia o emocjach, przyjaźni i akceptacji siebie. Jestem za dużo, i to w porządku.

Końcowe myśli

Jeśli jest coś, czego nauczyłam się od Katai i naszej przyjaźni, to to, że prawdziwe relacje nie polegają na tym, by być doskonałym. Chodzi o to, by pokazać siebie – z naszymi błędami, lękami i emocjami – i mimo to ktoś zostaje przy nas. Kata i jej rodzina – András i mała Emma – przypominają mi, że nie muszę iść przez życie samotnie. Że mam swoje miejsce w ich życiu, nawet wtedy, gdy czuję, że jestem „za dużo”.

Jeśli kiedykolwiek czułeś, że jesteś „za dużo”, pozwól, że powiem ci coś: nie jesteś. Jesteś dokładnie taki, jakim powinieneś być. A gdzieś, może w warszawskiej kawiarni lub podczas zachodu słońca nad jeziorem, jest ktoś, kto kocha cię dokładnie takiego. Tylko miej odwagę być sobą.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z przyjaciółmi:
Niesamowite historie wokół nas