Kobieta, która mnie urodziła, wychowała i umarła… trudności mojego życia bez niej.

„Kocham Cię od tak dawna.” To były słowa, które powiedziała do mnie moja mama na kilka dni przed śmiercią, gdy sięgnęła, aby odgarnąć moje niesforne włosy z twarzy.
„Wiem, mamo,” odpowiedziałam, biorąc jej słabą dłoń w swoją i całując siniaki po wkłuciach dożylnych.
„O, naprawdę?” zapytała.
„Skąd wiesz?”
„Bo ja też kocham Cię od tak dawna,” powiedziałam.
I przez chwilę byliśmy tylko my — ja i mama — dzieląc delikatną chwilę, jak wiele matek i córek.
Nie była pacjentką z Alzheimerem walczącą o godność.
Nie była pacjentką onkologiczną, która nie rozumiała swojej diagnozy.

Kobieta, która mnie urodziła, wychowała i umarła... trudności mojego życia bez niej.

Była po prostu mamą. Moją mamą.
Starała się jak najlepiej dać mi znać, że mnie kocha, mówiąc to… i poprawiając moje włosy… bo tak robią matki.
Minęło wiele miesięcy od jej odejścia, a gdy zbliża się mój pierwszy Dzień Matki bez niej, wspominam wszystko, co o niej wiem.
Myślę o jej uśmiechu, który rozświetlał każde pomieszczenie. Myślę o jej śmiechu i niezliczonych chwilach, gdy śmiałyśmy się z najgłupszych rzeczy — takich śmiechów, które powodują, że puszcza się głośny bąk i śmieje jeszcze mocniej.
Myślę o tym, jak w dni powszednie słyszałam, jak biegnie korytarzem do mojego pokoju, szukając swoich butów, szalika lub szminki — czegoś, co właśnie „pożyczyłam”, aby wyglądać na bardziej dorosłą niż byłam w wieku 12 czy 13 lat, i jak czasem musiałam ją doprowadzać do szału.
Myślę o dniach, gdy dorosłam, a nasze relacje stały się czymś więcej niż tylko matką i córką — stałyśmy się przyjaciółkami na całe życie — spotykałyśmy się na wino i zakupy po pracy, rozmawiałyśmy codziennie o wszystkim i o niczym.

Kobieta, która mnie urodziła, wychowała i umarła... trudności mojego życia bez niej.

Myślę o tym, jak była przy mnie, gdy mój syn wziął pierwszy oddech, i o momentach, gdy dzwoniłam do niej zapłakana, bo kiedyś mój syn wyjedzie na studia.
Myślę o tym, jak delikatnie przypominała mi, że ma tylko dwa, dziesięć czy trzynaście lat i że nie ma powodu, by się martwić, bo przetrwam ten czas (miała rację).
Myślę o dniu, gdy usłyszałam diagnozę Alzheimera mojej mamy.
Myślę o dniu, gdy zawiozłam ją do neurologa na badania i o gniewie w jej oczach, gdy potwierdzono diagnozę. Myślę o tym, jak krzyczała na mnie, oskarżając mnie, że myślę: „Ona zwariowała”, i jak z każdym dniem coraz bardziej zamglony i odległy był jej wzrok.
Myślę o blaszkach, które narastały na neuronach jej mózgu, i o trudnych latach walki, zanim zaczęła zapominać swoją diagnozę całkowicie.
Myślę o dniu, gdy dowiedziałam się, że ma raka w fazie terminalnej i jak trudno było zdecydować, czy jej powiedzieć.
Myślę o tygodniach spędzonych razem, o kolorowaniu, tańczeniu do King George’a (Straita) i zasypianiu, trzymając się za ręce.

Kobieta, która mnie urodziła, wychowała i umarła... trudności mojego życia bez niej.

Myślę o bólu, który odczuwała na końcu, i o mojej walce z personelem medycznym, który nie zauważał jej niewerbalnych sygnałów i odmawiał podania potrzebnej morfiny.
Myślę o naszym ostatnim dniu razem na plaży, gdy słuchałyśmy The Beach Boys i Jimmy Buffeta, i jak wdzięczna jestem, że miała siłę, by jeszcze raz pojechać do naszego ukochanego miejsca.
Myślę, jak bardzo jestem szczęśliwa.

Kobieta, która mnie urodziła, wychowała i umarła... trudności mojego życia bez niej.

Nie tylko dlatego, że była moją mamą, ale też dlatego, że nie musiałam patrzeć, jak traci mowę, apetyt i zdolność funkcjonowania w końcowym stadium Alzheimera. Myślę, że moja modlitwa została wysłuchana, a moja mama odeszła z powodu czegoś innego, zaledwie sześć tygodni po diagnozie.
Myślę o tym, że jestem jedną z milionów osób, które obudzą się w Dzień Matki, marząc, by jeszcze raz usłyszeć głos swojej mamy. Myślę o tych, którzy uważają się za sieroty matczyne i mam nadzieję, że zrozumieją, że się mylą.
Nie jesteśmy sierotami matczynymi. Może nie możemy trzymać ich za rękę, wysłać kwiatów czy zabrać na niedzielny obiad, ale nie jesteśmy sierotami matczynymi.
Wciąż jesteśmy córkami. I synami.
Różnica jest tylko taka, że nasze mamy zostały powołane, by na jakiś czas robić coś innego. Pamiętajmy, to nie jest pożegnanie… to tylko do zobaczenia później.

Kobieta, która mnie urodziła, wychowała i umarła... trudności mojego życia bez niej.

Przede wszystkim myślę o dniu, kiedy, jeśli Bóg pozwoli, znowu ją zobaczę i wiem, że będzie to mniej więcej tak…
Przyjdę do Bram Niebieskich z włosami w nieładnym kokcie lub spoconym kucykiem, a ona sięgnie, by je poprawić i usłyszę jej słowa: „Tęskniłam za Tobą tak długo.”
„Wiem, mamo,” powiem, delikatnie całując jej dłoń.
„Tak? Skąd wiesz?” zapyta z uśmiechem pełnym zrozumienia.
A ja odpowiem: „Bo ja też tęskniłam za Tobą tak długo.”
Przez chwilę będziemy znowu tylko my — ja i mama — dzieląc świętą chwilę, jak wiele dzieci i matek.
Jej ból zniknie.
Jej pamięć zostanie przywrócona.
Będzie po prostu mamą. Moją mamą.
Stara się jak najlepiej dać mi znać, że tęskniła za mną przez słowa i czyny. A ja powiem to samo… i pozwolę jej poprawić moje włosy… bo tak robią córki.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z przyjaciółmi:
Niesamowite historie wokół nas