Zawsze miałem przeczucie, że ta dekada będzie trudniejsza niż poprzednie. Nie potrafiłem dokładnie wyjaśnić, dlaczego tak się czułem, ale coś w powietrzu podpowiadało mi, że świat najpierw stanie się ciemniejszy, zanim znów zacznie jaśnieć. Dlatego w pewnym sensie byłem na to przygotowany duchowo. Mimo to trudno jest zmierzyć się ze światem, który powoli się zamyka, gdzie każdego dnia wydaje się, że ściany zbliżają się coraz bardziej.

Pierwszy raz, kiedy naprawdę się załamałem, był związany z pewną wiadomością. Transpłciowa posłanka została wykluczona z damskiej toalety w budynku parlamentu. Nie było oficjalnego uzasadnienia, nie było głośnego skandalu, tylko cichy, ale tym bardziej brutalny gest: „nie należysz tutaj”. Wtedy uświadomiłem sobie, że ta droga, na którą weszliśmy, będzie znacznie trudniejsza, niż sądziłem. I że nie wystarczy tylko moja siła — potrzeba będzie wytrwałości nas wszystkich.
Mimo to podjąłem decyzję. Obiecałem sobie, że nie poddam się rozpaczy. Choć tak łatwo byłoby zatracić się w mrocznych myślach, pogrążyć się w depresji, ja postanowiłem, że najbardziej radykalną rzeczą, jaką mogę zrobić, jest żyć. Cieszyć się tym, co dobre, nawet jeśli wielu chciałoby odebrać mi to prawo. Wobec tych, którzy chcieliby widzieć mnie cierpiącego, największym ciosem jest to, że jestem szczęśliwy.

Nie twierdzę, że zawsze mi się to udaje. Ale myślę, że w osiemdziesięciu, może dziewięćdziesięciu procentach przypadków naprawdę się udaje. Nawet wtedy, gdy wokół mnie panuje pesymizm. I wtedy muszę wyciągać z otchłani nie tylko siebie, ale też tych, których kocham. Jakoś naturalne stało się dla mnie to, że to ja trzymam razem mały świat naszego centrum społeczności LGBT. Trzymam ich razem — z wiarą, że przetrwamy. Bo przetrwamy.
Wielu pyta mnie, skąd we mnie tyle optymizmu. Może stąd, że miałem szczęście. Odkąd dokonałem coming outu, niemal wszyscy wokół mnie byli wspierający. Zarówno ci, po których się tego spodziewałem, jak i tacy, po których się nie spodziewałem. Z czasem nauczyłem się, że siła tkwi w osobistych, bezpośrednich spotkaniach. Gdy nie jestem abstrakcyjnym pojęciem — „trans”, „gej”, „inny” — ale po prostu człowiekiem, większość ludzi potrafi zaakceptować. To doświadczenie nieustannie utwierdza mnie w przekonaniu, że idziemy naprzód, nawet jeśli małymi krokami.

Niedawno odwiedziłem Muzeum Stonewall. Cały czas myślałem o tym, jak bardzo gorsza była sytuacja pięćdziesiąt lat temu. Wtedy nasza społeczność musiała walczyć o samo istnienie. A mimo to istniała wspólnota. Byli ludzie, którzy się zjednoczyli, trzymali się za ręce i razem stawiali czoła burzliwym czasom. I to dawało im siłę. Nie wiem, ilu z tamtych aktywistów jeszcze żyje. Ale gdyby dziś mogli zobaczyć, jak daleko zaszliśmy — nawet jeśli teraz wydaje się, że się cofamy — jestem pewien, że pokiwaliby głową z uznaniem.
I wtedy pojawia się pytanie: gdzie będziemy za pięćdziesiąt lat? Czy w ogóle możemy sobie wyobrazić, dokąd możemy dojść, jeśli nadal będziemy wierzyć w siebie nawzajem? Jeśli nie pozwolimy, by nienawiść była głośniejsza niż cichy, ale niezłomny głos miłości? Czasem trudno dostrzec światło, ale historia pokazuje, że zawsze jest droga powrotna. Nawet w najciemniejszych czasach.

Pamiętam młodą dziewczynę, która po raz pierwszy przyszła do naszego centrum. Bała się, trzęsła się, a oczy miała pełne łez. Powiedziała, że nie wie, gdzie przynależy. Że nikt jej nie rozumie. Że może sama siebie nie rozumie. Usiedliśmy z nią, rozmawialiśmy, słuchaliśmy. Nie dawaliśmy rad, nie próbowaliśmy tłumaczyć — po prostu byliśmy. A po kilku tygodniach coś się zmieniło. Zaczęła się uśmiechać. Zaczęła zdobywać przyjaciół. Dziś jest jedną z naszych najbardziej aktywnych wolontariuszek. Jej historia również dowodzi: jeśli jest wspólnota, jest nadzieja.
Bo wspólnota to nie tylko fizyczne miejsce. To nie ściany są ważne, nie dekoracje, ale ludzie. To zaufanie, które do siebie czujemy. Świadomość, że gdzieś jest ktoś, kto rozumie to, co przeżyłeś. A jeśli ta więź przetrwa, to wszystko inne też da się przetrwać.
Oczywiście, to trudne czasy. Atmosfera polityczna jest często wroga. Parlament coraz częściej podejmuje decyzje, które mają na celu uciszenie naszych głosów. Ale my i tak mówimy. Bo to nasze życie. I nikt nie może odebrać nam prawa do szczęścia. Nie prosimy o pozwolenie, by oddychać, kochać, żyć. Po prostu to robimy.

Wielu uważa, że nadzieja to naiwność. Ja raczej powiedziałbym, że nadzieja to akt radykalny. W świecie, w którym ludzie tracą wiarę, nadzieja jest rewolucją. I ja wybrałem tę rewolucję.
Bo życie jest piękne. Nawet jeśli czasem boli. Nawet jeśli nie rozumieją, kim jesteśmy. I może właśnie dlatego musimy powtarzać to wciąż na nowo: jesteśmy tutaj. Żyjemy. I to też przetrwamy.
